Nazajutrz obudził się dosyć późno, ale w zupełnie dobrym usposobieniu. Czuł się zupełnie spokojnym i zrównoważonym, wszystkie dawne obawy i podejrzenia pierzchnęły. Przeczytał raz jeszcze ten list anonimowy, który wydał mu się jedynie bardzo głupim.

— Trzeba zacząć wyjeżdżać — pomyślał i wstąpił do telegrafu, gdzie podał depeszę do matki, że przyjeżdża w piątek wieczorem, a najdalej w sobotę rano.

To go wprawiło w dobry humor, bo wyobrażał sobie radość matki, i idąc przez miasto do Lili, patrzył na ulice i domy okiem pożegnania.

Lili nie było, a matka sprzątała mieszkanie.

— Poszła do kościoła, ale zaraz przyjdzie.

— Do kościoła! Nie wiedziałem, że chodzi do kościoła, nigdy z nią tam nie byłem.

— Mój panie, a za cóż to nas pan ma? Jesteśmy przecież dobre katoliczki!

— Pójdę po nią.

— Zaczekaj pan, zaraz przyjdzie, ona lubi sama bywać w kościele.

Ale Leon nie słuchał, tylko poszedł, bo matka tak gorąco prosiła, aby Lili nie przeszkadzał się modlić, że ona zaraz powróci, iż w nim zadrgało jakieś podejrzenie.