Podoba mi się mniej ten portret, bo widzę, że malarz pokrywa swą niemoc sztuczkami, kolorytem wypudrowanym i mdłym i pozą paradną purpurata, który stoi tak, jakby się kazał podziwiać prostakom. Cały sposób malowania efekciarski i płaski przypomina mi marionetki strojne we fraki i koronki, strojnisiów stanisławowskich malowanych przez uczniów Bacciarellego75. Malarz nie rozumie już ciała jak za czasów odrodzenia, ani wyrazu i myśli wysubtelnionej jak da Vinci, tylko ma stałe szablony podług76 których maluje. Biskupa, króla, rycerza, szlachcica, tak, jak ich sobie przedstawiał w ceremoniale, z całą pompą wystawności.

Już się nie przyglądam temu w zbroi; wychodzę z kościoła i przypatruję się dziadom.

Istna kopalnia brzydoty i potworności. Piękny ten asortyment siedzi po obu stronach przejścia. Naliczyłem 32 ślepych, kulawych, niemych, pokręconych. Widzę po sposobie wyciągania rąk i pokazywania swego kalectwa, że to starzy zawodowcy.

Żebrzą niesłychanymi głosami, gną się, płaszczą, jęczą choćby o grosik u „siostrzyczków” i braci pobożnych, a każdy z nich woła, że jest najnieszczęśliwszy.

Kopalnia typów, ruchów, rżeń, bród, jęków, spojrzeń apostolskich a wyrazów twarzy łotrowskich, cały śmietnik dusz ohydnych, bo czuć z daleka, poza tą maskaradą żebractwa, cynizm wstrętny i obłudę specjalistów. Tylko jeden z całej tej brudnej zgrai wydaje mi się innym. Jest naprawdę ślepy, a śpiewa bez przestanku, a obok siedząca baba wtóruje mu falcetem. Usiadłem za tą parą, aby posłuchać, co śpiewają.

Ludzi wychodzi z kościoła coraz mniej, a mój dziad śpiewa:

Czy to już kuniec świata!

Syn traduje ojca, brata,

Córka za łeb matkę sięga —

Że cię piekło nie dosięga,