— A siostra?
— Ja z ciepielowskiej.
— A ja ze zwoleńskiej.
— To dobrze, bo w praskiej to idą same złodzieje — mówi z głębokim przekonaniem.
Nie wyprowadzam jej z błędu, tylko myjąc się, słucham rozmowy dwóch braci siedzących za mną.
Jeden z nich powiada:
— Na gruszki się ma, to zboża nie będzie.
— Brat z daleka? — pyta drugi.
— Nie, zaraz spode Warszawy.
— I w butach całą drogę?