Oglądam ją. Jest to rzeźba zupełnie charakteru świeckiego z epoki Ludwika XV, sielanka kamienna á la Watteau94. Jakiś margrabia w koronkach, w stroju paradnym i jakaś dama z włosami spiętrzonymi á la Pompadur siedzą na trawie i widocznie szepczą czułostkowe i słodkie słówka, flirtują na sposób XVIII wieku. Widać w nich rasę strojnisiów znudzonych i wytwornych. Całość banalna jako wyraz i wykonanie i poprzegryzana przez deszcz i mrozy. Kamień się łupie i odpada, w szczelinach bioder rośnie trawa. Skąd się wzięła tutaj ta rzeźba, nikt nie umie objaśnić; objaśnia mnie tylko legenda następująca, słyszana na miejscu od jakiejś siostry:
— To było dawno temu. Miała jedna matka dwoje dzieci, chłopca i dziewczynę, lubiła się ona napijać trochę, z kumami95 rajcować96, po sąsiadkach chodzić, a dzieciska co chciały, to robiły — i że były rozpustne i szkodniki, nie dziwota przy takiej matce. Raz napiła się lepiej, przylata do chałupy — dzieci nie ma; w porę pacirzy97 przychodzą, a że pijany człowiek je przez98 rozumu i una się rozeźliła99 kiej100 suka, za kijanek101 wziena i prać dzieci — sprała dziewuchę, że ino zipała — i do chłopaka. Chłopak nie doł się, za ożóg102 chycił i w łeb matkę. Rozwścieklila się barzej103, jak nie trzosnie104 go bez pysk, a chłopak ino fajt105. Kobitę już całkiem rozebrała gorzałka, że się siadła i lamentuje, i wyrzeka: — „A bodajsta106 pozdychały, a bodajsta skaminiały — kiejsta takie!...” Ino to rzekła, aż widzi, co dzieci, co się do siebie tuliły i chlipały z bolenia — czernieją jakoś i siedzą kiej zdrętwiałe, ślipki107 stanęły im kołem, a łzy kiej te perły toczą się po pólikach108. Kobitę strach otrzeźwił, skoczyła do nich, a dzieci już zimne kiej kamienie, a ino tymi ozwartymi109 oczyma łzy się leją i leją. Narobiła lamentu, zeszli się ludzie, przyszedł i ksiądz, przywieźli potem znającego, co umiał odżegnywać i nic. Dzieci skaminiały. Nie pogrzeźli110 ich, bo jak tu grześć w zimi111 kaminie, co cięgiem płaczą?... Postawili pod kościołem. Matka aż się pruła z żałości, nie jadła, nie spała, ino siedziała dniami i nocami, a czekała rychło się te kochane odmienią. Przeszły lata — nic. Co się wymodliła, co wypłakała, co mszy kupiła na te intencje!.. Prosiła się już Pana Boga o śmierć, ale śmierć nie przychodziła. Poszła jednego razu na ręcach i kolanach do Częstochowy i tak prosiła, że Matka Boska ulitowała się i przemieniła ją na brzózkę, co zaraz wyrosła w tym dołku, przemiękłym od płakania dziecińskiego, żeby mogła przy nich być cięgiem112 i choć gałązkami słonić od słońca i plusku113, a potem łzy się przestały lać i brzózka uschła. Pan Jezus wine przekleństwa darował i wzion ją do swoi chwały razem z dzieciami...
Św. Anna pod Przyrowem
Sześć wiorst od Dąbrowy przeszliśmy bardzo prędko, bo drogą, lasem i łąkami, obsadzoną po obu stronach drzewami.
Przed kościołem ścisk i ruch ogromny, bo zaraz za nami nadciągnęła kompania łowicka i z innych stron było już kilka. Łowiczaki lud rosły i piękny, znać w twarzach i ubraniach zamożność dawną. Kostiumy mają wspaniałe. Kobiety, zupełnie ładne, pstrzą się między naszą szarzyzną niby maki, całe pąsowo ubrane, wszystkie w trzewikach sznurowanych czerwonymi tasiemkami, koralach i z chustkami białymi w ręku. Mężczyźni w spodniach czerwonych, w pasy poprzeczne białe, żółte i zielone. Kapotki granatowe obwiedzione sznurkami czerwonymi, kapelusze śpiczaste, czerwone wstążeczki u koszul.
Kościół duży i ładny. Kaplica św. Anny śliczna, utrzymana wewnątrz w najczystszym barokowym stylu. Wielki ołtarz wspaniały.
Wewnątrz klasztoru iść nie można, bo go zamieszkuje jeszcze 10 sióstr ze zgromadzenia panien dominikanek.
Wychodzimy o trzeciej po południu i mamy jeszcze zrobić do noclegu 31 wiorst, do Mstowa.
Ten przedostatni dzień czują wszyscy ogromnie.
Ołówka trzymać nie mogę w ręku, bo gdy tylko usiądę, sen mnie łapie nieprzeparcie, a jeśli nie, to czuję się tak rozbitym, tak zmieszanym wewnętrznie, że nie mogę wyciągnąć z siebie ani jednej myśli, ani zdania lub obrazu. Spałbym tylko.