Zaczynamy owe 31 wiorst olbrzymią, topolową aleją, w połowie wyrwaną i leżącą na ziemi. Burza tędy przeszła i rozrzuciła jak szczapy te olbrzymy. Potem las jakiś, piaski, wsie, pustki i znowu da capo114 to samo.

Choć nas trzymają te śpiewy gromady, zawsze jednakowo drzemiące — i ciągnie tu jakaś siła wprost115 rozpędu — pozostajemy za kompanią coraz dalej.

Przez jakąś godzinę widzimy ją jeszcze, majaczy nam tylko, bo idziemy na pół przytomni.

Woale zacinają usta i zdają się spojrzeniami przyczepiać do tych coraz odleglejszych sylwetek i wlec się ostatkami nerwów.

Dogoniła nas łowicka, potem przeszła zwolińska — i długo niby chmura granatowa wisi przed nami i znika. Nadpłynęła ciepielowska i jeszcze kilka drobnych i przepłynęły, a myśmy się wlekli jak osad tego ludzkiego potoku, co z taką siłą płynął naprzód.

Wydało mi się, że coraz to pogrążamy się głębiej w jakiejś szarzyźnie, spychani przez mocniejszych.

Zaraz za lasem pytamy: „jak daleko do Mstowa?”. Powiadają, że sześć wiorst.

Uszliśmy ze sześć i pytamy znowu; mówią, że będzie osiem. Więc się już nie pytamy nikogo więcej. Spotykamy w jakiejś wsi ludnej Łowiczaków, już porozkładanych na nocleg. Jedna z kobiet siedzących przy drodze radzi Melancholii:

— Niech siostra zezują116 te trypki117 i boso pójdą, będzie lekcij118.

— I uny same już złażą!... — dorzuca chłop jakiś, widząc strzępy tych pantofli.