Mgły z wolna osnuwają szarością zimną i posępną przestrzenie.

Przyciszone, senne na poły szepty pacierzy snują się pomiędzy domami jak błyski coraz bledsze, jak te ognie w chałupach coraz rzadsze, aż się wszystko rozprasza, przycisza, zatapia w nocy i odpocznieniu.

W izbie gospodarzy świeci się jeszcze. Idę tam ogrzać się trochę; na słomie kilkanaście sióstr, jedna koło drugiej są tak upakowane, że przewrócić się na drugi bok jest niemożebnością13. Śpią już wszystkie.

Niezmiernie gadatliwy ten podwarszawski naród: zasypują mnie bez końca pytaniami.

— Pan z famieliją14?

— Nie, sam.

— To i przez15 żuny?

— Bez.

— Że to kobita puściła w drogę pana samego?

— Nie mam żony.