— Ale?! — rzuca krótkie powątpiewanie gospodyni.

— Naprawdę.

— Ale pan z Warsiawy?

— Tak.

— Tam to szyćkie16 panowie tak na pieskiego jak najdłużej przez żuny.

Chwila milczenia, a potem na wyścigi opowiadają mi różne kłopoty i sprawy.

Wreszcie gospodyni częstuje mnie kawą. Odmawiam, prosząc jeszcze o mleko i chleb razowy. Daje mi i mówi do starego z przekąsem:

— Widzis, stary!... Bo to panie, mój się tak rozpuścił w ty Warsiawie, że razowego chleba ani w ząb, ino17 mu muszę pytlowy kupować cięgiem18, a na mliko nie spojrzy.

— Takie słodkości, jak mliko i razowiec, to mi już paździerzem w gardle stoją.

I gadają dalej, ale mnie senność taka rozbiera, że idę do stodoły spać.