A że deszcz się wzmagał, szybko się załatwili i poszli.
A na drodze, tak w połowie drogi, Winciorkowa spotkała sołtysa, który zawrócił i szedł z nią do domu.
— Byłem u was, ale mnie powiedzieli, żeście poszli na pogrzeb.
— Stamtąd idziemy, chowaliśmy dzieciaka Tekli, wiecie?
— A niechta marnieje to złodziejskie nasienie!
— Hale! Hale!
Nie śmiała mu się przeciwiać.
— A ja do was wedle tego gruntu... — zaczął cicho i wolno.
— Jakiego gruntu? — zakłopotała się nieco.
— Waszego. Kupiłbym... A że krześcijan też jestem dobry, to bym was nie ukrzywdził. A ma kupić kto drugi, to lepiej niech swojak kupi... a to przecie my i ździebko powinowate, bo przecież wasza matka była mojego ojca rodzoną wujną, nie baczycie228 to?...