— To raz, a potem to on by darował, co?
— Przecie, żeby nie darował, zawzięta jucha.
— Bez dwa roki siedział w kreminale, to on już praktyk!
— Przecie, z takim to trza kiej z jajkiem...
Tak wieś mówiła o nim, a on jakby wiedział, że nikt się nie ośmieli go wydać, pokazywał się we wsi coraz częściej, aż raz na środku drogi spotkał się z sołtysem.
Wilcza twarz sołtysa ściągnęła się jak do kąsania, rzucił się do Jaśka.
— Te, kundlu! nie ruchaj, bo ci kulasy poprzetrącam! — mruknął Jasiek.
— Złodziej! Łapać! Chłopcy, dawać postronki! Łapać go! — krzyczał rozwścieklony, ale nikt mu nie śpieszył z pomocą, wszyscy pochowali się za węgły.
— Sołtysie, idźcie sobie swoją drogą, nie zaczepiajcie — prosił chłopak.
— Do kancelarii, do kryminału, ty złodzieju! — rzucił się na niego.