Jaśkowi zbrakło cierpliwości, uderzył go w łeb raz i drugi, rzucił na ziemię, skopał po bokach, co się zmieściło, i poszedł.

A sołtysa zanieśli do domu i chorzał parę dni.

— Pono was, sołtysie, gąsior potłukł czy co? — kpili chłopi potem.

— Juchy! Żadnego pomiarkowania nie mają dla takiej honornej osoby!

— Ale! Tak zbić sołtysa, kiej prosty gliniany garnek!

— A to baba kijanką szmat lepiej nie spierze...

A sołtys nie rzekł nic, tylko gnany wściekłością i wstydem pobiegł do kancelarii, a potem długo konferował z rządcą.

Za to najbliższej niedzieli przed kościołem ogłoszono przy bębnie:

„że kto złapie Jaśka Winciorka i dostawi do kancelarii gminnej, ten dostanie pięćdziesiąt rubli nagrody”.

— Kawał grosza, a czy to ino rzetelnie dadzą! — mówiono przed kościołem.