Odczuła to najpierw Winciorkowa, bo odsuwali się od niej jak od zapowietrzonej, a gdy przechodziła przez wieś, leciały za nią głosy:
— Złodziejska mać!
— Ludzie to są jak te świnie, co by im nie rzucić, żrą wszystko — myślała z goryczą, bo żarło ją to nie zasłużone postponowanie. Ale zapominała o tym, zajęta przygotowaniami do wyjazdu.
Sprzedała dziedzicowi gospodarkę, wyprzedała z wolna różne ruchomości i czekali już teraz na Herszlika, który miał ich przeprowadzić do Prus.
— Żeby to już najprędzej. — Myślała, pełna trwożnej niecierpliwości, bo przecież wiedziała, co sołtys gada po wsi, jak się odgraża, a potem, to chociaż serce jej rosło na widok jedynaka zdrowego, silnego jak młody koń, bała się jego junactwa233, jego nieustępliwej natury. — Jak się spotka ze strażnikami, to nie ucieknie, tylko będzie bił! To już taki gatunek! Jego ojciec był taki sam! — mówiła do Tekli z dumą i obawą.
— Sielny234 parobek235. Powiedali, co ino raz sołtysa wyciął, a tamten już w błocie, a przecię sołtys kawał chłopa! Loboga, taki parobek!
— Dał ci mi Pan Jezus pociechę, dał!
— Gibki w sobie, jak i mało która dziewucha! — mówiła Tekla z zapałem.
— Juści, gibki on, ten dzieciak mój kochany, gibki...
— A jak popatrzy na którą, to juże nogami przebierają jak te źrebice...