A tymczasem to oczy ich wciąż ślizgały się po tych kątach drogich, po obrazach, po ścianach, wybiegały przez okna na zabudowania, na wieś, na pola, na wieżę kościoła — spotykały się chwilami, tonęły w sobie i w tej gorzkiej żałości rozstawania i zasłaniały się powiekami prędko, prędko, żeby powstrzymać te ciężkie, ołowiane łzy...

— Pójdę do Nastki, muszę przypomnieć, żeby nie zaspała... — porwał czapkę i uciekł z izby.

Okrążył klasztor i chyłkiem przelazłszy mur wsunął się do parku dworskiego, skrył się w wielkim świerkowym klombie, rosnącym w szczycie dworu, a tak gęstym i osłoniętym od ziemi gałęziami, że żadne oko nie mogło go dojrzeć.

Czekał długo, aż w końcu zobaczył Nastkę wybiegającą po tarasie.

Zagwizdał, bo był to sygnał umówiony, dziewczyna wkrótce przyszła.

— Nastuś, to jutro do dnia, a nie zaśpij — szepnął.

— Tak już czekam, tak czekam, że już ścierpieć nie mogę.

— Nie boisz się, co?

— A czego się mam bać! A bo to nie z tobą, nie z matką, co?

— Dobrze, Nastuś! A ten, co nas przeprowadzi, mówił, że zaraz za granicą to będziemy mogli wziąć ślub. Już ty się niczego nie bój, krzywda ci przy mnie nijaka nie będzie.