Rządca krzyczał na ludzi, ale ucichł, schwycony za gardło, przewalili się na ziemię i tarzali się jak dwa psy gryzące się na śmierć.
Rzężenia, ryki chrapliwe, przekleństwa, ciosy rąk i nóg — wszystko to migotało jak błyskawice i przewalało się po wyżwirowanej alei...
Jasiek słabł, czuł, że nie zmoże, więc z siłą szaleństwa i rozpaczy wydostał się na wierzch i z całej siły uderzył go kolanami w brzuch — rządca rzygnął krwią i opadł nieprzytomny.
Nadbiegli ludzie, ale Jaśka już nie było, gnał jak jeleń do lasów.
XII
Noc była ciepła, cicha — wiosenna.
Gwiazdy świeciły bladawo w przepaściach nieba, a z ziemi, pokrytej mgłami, podnosiły się śpiewy ptaków, a czasem chór żab zarechotał na łąkach. Wieś spała cicho, prawie bez oddechu.
Tylko Jasiek czuwał. Skoro noc głucha zapadła, wysunął się z kryjówki swojej, gdzie siedział od wczoraj, od tej ucieczki z parku.
Nic, ani światełka nigdzie, ani głosu żadnego słychać nie było.
Do świtu było jeszcze daleko.