Naraz uniósł się nieco, ludzie byli już o kilkadziesiąt kroków, fala krzyków rozbrzmiała w ogrodach!
— Nie, nie daruję! nie daruję — wyszeptał, ożywił się nagle, myśl zemsty wstrząsnęła nim jak huragan, zapaliła błyskawice w oczach, dała moc.
Porwał się na nogi, wyrwał pęk słomy z podszycia stodoły, podpalił zapałką i skoro buchnął płomień — przytknął go do poszycia i rzucił na dach!...
Dach w tej chwili stanął w płomieniach!
— Nie daruję! nie daruję! — szeptał dziko i taką zawziętością cały się przepoił, taką radością zemsty przesycił duszę, tak w niej skamieniał, że wolno, obojętnie poszedł wzdłuż zabudowań, a potem zapadł w żyto już wykłoszone i czołgał się na czworakach ku lasom...
Pogoń ustała.
Po paru minutach odwrócił się i spojrzał na wieś.
Stodoła była cała w ogniu, płonęła jak pęk słomy, a zajmowały się już sąsiednie zabudowania i domy!
— Popamiętają mnie, ścierwy! Popamiętają! — szepnął z mściwością i nie mogąc już na czworakach, chyłkiem biegł, przyśpieszał kroku...
Krzyk ogromny rozległ się nad wsią i biegł po polach za nim.