— Gore! gore! gore!...
Do lasu było już niedaleko, więc się wyprostował i nie ukrywając już, biegł śpiesznie...
Już widział czerwone pnie sosen, zieleń liści, już wionął na niego uroczysty, jakby kościelny chłód lasów, pełen głębokich szumów.
Jeszcze chwilę, a będzie wolny zupełnie, wolny i nasycony zemstą...
Zadrżał nagle i przystanął.
Dzwony zaczęły bić głucho, ponuro, na trwogę...
Odwrócił się i aż krzyknął mimo woli.
Pół wsi stało w ogniu.
— Popamiętacie mnie! Popa... — nie skończył, jakaś groza straszna targnęła go za serce, słowa zamarły mu w gardle, z rozszerzonych źrenic wyjrzał strach, przerażenie... zdumienie okropne... — Wieś w ogniu! cała wieś! — zaskowyczał sinymi wargami. — Jezus! Jezus!
Zaczął uciekać, ale nagle odwrócił się znów do ognia.