— „Święty a nieśmiertelny! Zmiłuj się nad nami!”
Skowyczały serca i szli zbitą gęstwą pomiędzy ścianami ognia, w zgiełku padających ścian, w deszczu ognistych żagwi i iskier, w chaosie szumów, świstów i syków żywiołu, który tarzał się po wsi, podnosił tysiączne, rozwichrzone łby do słońca, zapadał we wnętrzu chałup i z wściekłością pożerał i tratował wszystko...
— „Od powietrza, głodu, ognia i wojny!” — intonował ksiądz uroczystym głosem, a łzy lały mu się strumieniem po twarzy. Dzwony wciąż huczały mocno... posępnie.
A lud cały w krzyku, w obłąkaniu, w męce, wył setkami głosów:
— „Zachowaj nas, Panie!”
Procesja obchodziła teraz wieś dookoła, szła ogrodami.
Wójt i pisarz zaczęli też organizować jakiś ratunek.
— Kto podpalił?
— Winciorek! Winciorek!
Widziano przecież, jak się zapaliła stodoła, tam, gdzie się schował.