— Spalić, spalić! — zaryczano.
Zamknięto drzwi, pozabijano kołkami, podparli okna deskami, zawalili wyjścia płotami, czym kto mógł, i podpalili dom ze wszystkich stron — otoczyli go dokoła i czekali...
Słomiany dach zajął się prędko, a w parę minut był już cały dom w ogniu, w kłębach dymów.
Jasiek teraz dopiero oprzytomniał, gdy się dach przepalał i na głowę zaczęły się lać strugi ognia, skoczył do szczytu, wybił deskę i runął na dół prawie na ręce pilnujących chłopów.
Już się nie podniósł, bo kilkadziesiąt nóg, rąk i kijów spadło na niego.
— W ogień go! Za krzywdę naszą! W ogień! — wrzeszczeli.
Kilkanaście rąk pochwyciło go za nogi i głowę, rozkołysali i jak tłumok rzucili na dach.
Dach się zapadł i buchnął ognistym tumanem skier.
Rozległ się tylko straszny, nieludzki krzyk z wnętrza domu.
Odpowiedział mu drugi, na drodze...