— A jeśli zamrze? — Długo ważyła w sobie to pytanie, które kamieniem spadło na jej biedne, zrozpaczone serce. — A niech zamrze, to i ze mną zaraz będzie koniec, a nie pomogę go wydać, nie... A niechta zamrze!... — myślała ponuro.
Był już duży dzień, gdy się nieco przyoblekła lepiej, wzięła w chustkę mendel145 jajek i poszła do gminy.
Słońce świeciło wesoło i jakby z radością tarzało się po polach i kałużach drogi, którą szła do kancelarii. Po rowach, pomiędzy kamieniami stokrotki z lubością rozchylały różowe rzęsy do słońca; skowronek się gdzieś wyrwał z zimnych jeszcze pól i jak dzwonek świergotał pod czystym błękitem nieba. Ostre a rzeźwe powietrze owiewało jej twarz zgorączkowaną.
Kancelaria była niezbyt daleko, bo tuż przy kościele w olbrzymim zrujnowanym gmachu poklasztomym, stojącym na wzgórzu, pod którym ciągnęła się wieś długą linią ku lasom stojącym dokoła.
W kancelarii nie było jeszcze pisarza, spał.
Stójka tylko kręcił się po kancelarii, zamiatał, a potem poszedł obrządzać świnie, których natarczywy kwik dochodził z głębi długich korytarzy, porozgradzanych drewnianymi ścianami.
Winciorkowa siadła przed kancelarią na olbrzymich kapitelach146, które pozlatywały z frontonu klasztoru, służąc teraz za stołki, i czekała cierpliwie.
Wkrótce nadszedł i wójt, przywitała go i zaraz zaczęła:
— A to wedle tego papieru, co to jest o moim Jaśku, przyszłam.
— Jest ci ta coś niecoś, ale zaczekajcie, jaże pan pisarz wstanie.