— Dobry koń, poczciwości koń. Dasz mu strzechę — zje; dasz żerdź, byle ino nie przeschniętą, też schrupie jaż miło; szmaty z płota ściągnie i zeżre jak kuniczynę. Świniakowi samemu zjeść nie da w korycie, tak ano152 lubi na spółkę. Sielny koń.
— Koń jak koń, ale urząd jest i parada, że jaż ha!
— Patrzta, jak to nogi stawia niczym cielna krowa. Ogon to ma jucha jak z paździerzy konopnych, cie, jak zadziera... patrzy se na gospodarza.
— A łeb to ma całkiem podobny do dworskiego pachciarza.
— Moderunek153 kiej u ślachcica! I tu śnureczek, i tam postroneczek! Portecki mu ino, wójcie, wdziejcie i do Warsiawy na pokaz.
— A ścigły jucha musi być kiej krowa!
I pokpiwali sobie dalej z wójta i z jego konia.
Winciorkowa czekała. Z zamkniętymi oczami, z głową opartą o ścianę siedziała nieruchoma, jakby skamieniała. Nic nie słyszała z rozmów, bo wciąż dźwięczały w niej wczorajsze słowa stójki: „Jest papier o Jaśku”.
Co tam może być w tym papierze? Co jej powie pisarz? Czy oni już wiedzą? Te pytania niby błyskawice bólu i trwogi przerzynały wciąż jej mózg obolały.
Nie widziała, że słońce podnosiło się coraz wyżej i zalewało całą dolinę i wieś, i lasy stojące dokoła, złotawą pożogą. Mróz puszczał i po bruzdach, po rowach, po kałużach błyskały wody, dymy z chałup biły prosto niby słupy białawego błękitu, a we wsi, którą z tego wzniesienia widać było jak na dłoni, wypędzano bydło do wody. Nic nie widziała, nic nie słyszała prócz tych głosów trwogi, jakie darły jej serce.