— Idźcie do kancelarii... ja tam zaraz powiem mężowi.
— Bóg zapłać pani! — szepnęła i wyszła.
— Adam! powiedzieć mężowi, że u Winciorkowej jest prośba! — krzyknęła przez drzwi i powróciła, zapaliła papierosa i przeglądała dalej jajka.
Winciorkowa weszła do kancelarii, pochwaliła Boga, a że jej nikt nie odpowiedział, stanęła cicho przy drzwiach i czekała. Pisarz ubierał się dopiero, co chwila ginął w sąsiedniej izbie i powracał z jakąś częścią garderoby, którą wolno naciągał, rozmawiając jednocześnie z chłopami.
Czekała z dobrą godzinę, bo chociaż pisarz się już ubrał, ale zaraz potem poszedł na śniadanie. W kancelarii pozostał tylko młody, piegowaty i rudy chłopak, który usiadł przed piecem i puszczał w ogień bardzo dyskretnie dym z papierosa.
— Panie! — odważyła się przemówić.
— Wam czego?
— A to pono przyszedł papier o moim synu, Jaśku Winciorku.
— Aha, o tym złodzieju, co uciekł z więzienia!
— Mój syn nie złodziej! A tobie, ciarachu154, wara gębę sobie nim wycierać! — krzyknęła wielkim głosem, bo ją ta nazwa przeszyła jak nożem.