— Nie podnoś, kobieto, głosu, bo pójdziesz na osobność! — zauważył spokojnie chłopak, puszczając wielkie kłęby dymu.
Już nie rzekła ani słowa, siedziała pod oknem na pół żywa z niecierpliwości, z tego denerwującego oczekiwania.
— Wy Anna Winciorkowa?
— Ja, wielmożny panie... — powstała prędko, bo pisarz pytał.
— To wasz syn, Jan Winciorek, był skazany na trzy lata więzienia za pobój155 i usiłowanie zabicia, ha?
— Tak, juści tak, Jasiek mu jest na chrzestne imię, tak wsadziły go na trzy lata, ale to ino przez złość.
— Przysłali do mnie uwiadomienie156, jako157 Jan Winciorek uciekł z więzienia tydzień temu.
— O Jezu! — jęknęła, zataczając się na ścianę.
— I jest poszukiwany. Jeżeliby się do was pokazał, to powinniście go zatrzymać, zawiadomić sołtysa i odstawić do kancelarii.
— Moje dziecko rodzone!