— O Jezu!
— Taka mnie tęskność rozbierała... taka tęskność...
— Wypłakiwałam ja oczy... wypłakiwałam!...
— Nastuś! Nastuś!
— Jasieńku mój!
— Tyle roków...
— Ale już nie pudziesz, już cię nie puszczę...
I znów siedzieli w ciszy niezgłębionej serc omdlałych ze szczęścia.
Wróble świergotały sennie pod strzechami, a w klasztornym ogrodzie na wzgórzu zaczęły gdzieniegdzie odzywać się słowiki z kosami na przemian. Upał się już skończył, zawiewał przedwieczorny chłód, przesycony wilgocią i zapachem zbóż zielonych i kwitnących ogrodów.
Drzewa stawały w wielkiej ciszy i zadumaniu, trawy i zboża się pochylały — jakby wszystko zaczęło słuchać klekotania bocianów, szczebiotów jaskółek i tych dzwonów na Anioł Pański, których jasne, ogromne głosy leciały od kościoła i rozlewały się nad wsią.