— Pod fartuch go schowałam, bo to maluśkie dzieciątko jest! — wykrzyknęła z nienawistną ironią i najspokojniej w jakiejś niecce zaczęła myć dziecięcego trupka.
Ale naraz Tekla zerwała się i ze szczapą w garści rzuciła się na chłopów:
— Czego tu chceta! Wy psy wściekłe! Oddajta mi męża, oddajta mi dziecko! Ażebyśta pod płotem pozdychały! Ażebyśta się pierwszą strawą potruły za moje sieroctwo i umęczenie.
Obezwładnili ją rychło, bo darła się do bicia, i poszli szukać Jaśka po domu i po zabudowaniach.
— Szukajcie wiatru w polu! szukajcie! — wołała za nimi.
Juścić, że nie znaleźli, a odchodząc zapowiedzieli starej, że skoro chłopak się zjawi, ma dać znać sołtysowi.
— Juści! juści! W dyrdy polecę do sołtysa i zaraz go wam wydam! — wołała za nimi, odprowadzając ich oczami aż do karczmy, do której wszyscy weszli.
Ale mimo to nie pobiegła do dołów, bo się obawiała, że może ją kto szpieguje, nie poszła przez dzień cały, pomimo że się na dobre zachmurzyło i smutna szarość zalała świat.
Dopiero o dobrym zmroku zabrała garnczek z jedzeniem i chyłkiem pobiegła.
Nachyliła się nad otworem dołu i zaczęła niespokojnie wołać: