Noc płynęła, deszcz ustawał, natomiast podnosił się wiatr i przewalał się po polach, i świstał w otworze dołu. A potem wyłaniał się z ciemności świt i zapłakanymi, zrudziałymi od zórz oczami rozwidniał świat i zaglądał do dołu, do śpiących przy sobie ludzi.

Pierwszy ocknął się Jasiek i zaraz obudził matkę.

— Idźcie już, bo was kto zobaczy. Ale, Nastka mi mówiła, że kiedyś dziedzic powiedział, że kupiłby łączkę, bo mu się wrzyna w jego pole. Może byście poszli do dworu, co? Zawsze lepiej zapłaci niż chłopi.

— Prawda, a że też mnie to do głowy nie przyszło. A to ze dwa roki temu to nawet dziedzic przysyłał z tym ekonoma...

— I trzeba to wszystko duchem robić... — powiedział energicznie.

— Niech ino Herszlik przyjdzie, on przeprowadza ludzi...

— Prawda, sam widziałem. A jakby nie przyszedł do niego żaden...

— Mówili w karczmie, że za dwa tygodnie wychodzą ludzie z Woli...

— Za dwa tygodnie! To ja już będę całkiem zdrowy! — wykrzyknął wesoło.

— Zajdę tu do ciebie wieczorem.