— Do dziedzica! — odparła chmurnie, cofając się nieco, bo po schodach szedł rządca ciężkim krokiem.
Był to ogromny, czerwony, ordynarny220 mężczyzna, z krzaczastymi wąsami i porcelanowo-niebieskimi oczami.
— A! Winciorkowa! Moje uszanowanie! — zawołał ironicznie. — A cóż, dobrzeście schowali tego zbója, co? Ale go znajdą, ja już tego przypilnuję i poślę go tam, skąd drugi raz nie uciecze...
— Jak Pan Jezus da, w Jego mocy to wszystko, a nie w panowej...
— Do dziedzica macie interes, a jaki?
— Nie panowa do tego głowa, nie... — powiedziała urągliwie.
Trzasnął drzwiami i poszedł.
A ona oparła się plecami o balustradę terasy, ozdobionej wazonami pełnymi kwiatów, i czekała, zapatrzona w zamglony świat i w niebo zachmurzone; zbierało się na deszcz.
W dobry pacierz przybiegła do niej Nastka.
— Dziedzic kazał, cobyście przyszli! — szepnęła, całując starą w rękę. — Byliście? — zapytała cicho, otwierając drzwi przed sobą do wielkiego przedpokoju.