— Suka, ostawiła dziecko i poszła...

A że płakało coraz mocniej, któryś z chłopów znalazł kawałek cukru na stole młynarczyka, owinął go w szmatkę, zgniótł obcasem, umaczał w wodzie i wsadził dziecku w usta; ssało chciwie.

A Mateusz, który drzemał na łóżku, ocknął się i rzekł:

— Dzieciaka wezmę. Sierota ono, sierota!

— A weźcie, nie macie przecież swoich, że baba was spierze za to, to spierze...

— Spierze?... Nie spierze. Pojazgocze, pohandryczy32... dobra kobieta... chodź, sieroto... do gospodarza pójdziesz... chodź, sieroto... — i z nagłym postanowieniem pijaka powstał, obciągnął obłocony kożuch, nacisnął mokrą baranicę na głowę i pochylił się nad dzieckiem. — Chodź, robaku, chodź... Matki nie masz, ojca nie masz, to już ja ci zrobię gospodarskie opiekuństwo. Chłopak, co?

— Jużci, że chłopak...

— Do pasionki33 się przyda... parobka se będziesz miał, gospodarzu...

— Ino mu pierwej mamkę sprowadź albo krowę od cielęcia odstaw, żeby go podkarmiła.

Nie słuchał pokpiwań, okręcił dziecko w przeschnięte szmaty, owinął w połę kożucha i mocnym, dosyć równym krokiem ruszył z izdebki, i tylko trochę szukał wyjścia, ale na powietrzu od razu się zorientował i lazł na groblę z trudem, bo wiatr, który się na dobre rozhulał, ciął go po twarzy i spychał po oślizgłej drodze.