— O kochaniu se gadają — zauważył chłop któryś.
— Któż to?
— A Marcycha Jantkowa z Woli. Wygnały ją ze służby, wygnały ją z domu... gdzie miała iść?
— Ho! Ho! Pietrek, to kat na dziewuchy...
— I... kat... jużci, ale i hycel on też jest, i łajdak ostatni...
— Cichojcie no — zawołał któryś.
— Pietruś! Pietruś! Adyć31 mnie nie bij! — błagała Marcycha, tarzając mu się u nóg. — Adyć to twoje... wygnały mnie ze służby... wygnały mnie z chałupy... gdzież pójdę sierota... gdzie? Pietruchna! O Jezus miłosierny, o Jezus! ludzie, ratujta, ludzie... Jezus Maria! — ryczała strasznym głosem, bo kopnął ją w piersi, że padła na podłogę ciężko, jakby kto worek mąki rzucił.
Wnet przycichło wszystko, słychać było otwieranie drzwi na dwór, szamotanie się jakieś i potem już nic prócz turkotów młyńskich.
— Zabije ją jeszcze...
— Nic jej nie będzie, dzieciaka się pozbyła i tyla!