Kupił bilet do tej samej stacji, której nazwę ona przedtem rzuciła kasjerowi.
Nie krył się przed nią zupełnie. Weszli do poczekalni prawie razem, ale ona, patrząc nań, jakby go nie spostrzegała; błądziła oczyma po jego twarzy niby po rzeczy obcej, jak się błądzi po kamieniach przydrożnych i przedmiotach niepostrzeżonych. Nie czuł się tym dotknięty, rozumiał, iż tak być musi, a nawet chwilami wydawało mu się, że ona jest nim samym, taką dziwnie zgodną tożsamość rytmu czuł z jej duszą... Snuli się obok siebie jak dwa cienie, przenikające się nawzajem, albo jak dwa światła. Patrzyli na jednakie rzeczy i z pewnością z jednakim uczuciem niepostrzegania niczego. Byli jak te drzewa, obumarłe w czas zimowy i wynurzające się z mgieł pierwszej budzącej się wiosny — któreż z nich wie, którym jest i gdzie...
Bezwiednie chciał wsiąść do jednego z nią przedziału, ale nim doszedł, zamknęła drzwi, więc wszedł do sąsiedniego i stał w oknie całą drogę, przesuwając pustymi oczyma po widomych zarysach krajobrazów, wynurzających się z nocy chmurnej, po tych sennych wizjach natłoczonych obłoków, przez które księżyc przepływał wolno, zapadając się co chwila w przepaście postrzępione i silne. A jeśli co spostrzegał, to tylko jej cień, czarną sylwetkę jej głowy, leżącą na kręgu światła, padającego z okien i biegnącego po ziemi obok pociągu — snać cały czas stała tak samo w oknie.
Wysiedli na jakiejś głuchej, uśpionej stacji; przeszli milczące i puste sale, mroczny i równie pusty podjazd i zanurzyli się w czarną aleję drzew ogromnych.
Wiatr zahuczał, drzewa zakołysały się ciężko, powiał senny trzepot i szum gałęzi; jęk się rozległ posępny, trwożny i cichy szept przeleciał nad ziemią, zatrzęsły się przydrożne żywopłoty, załkały smutnie twarde liście laurów. Trwoga, jak puchacz, załopotała skrzydłami i przyczaiła się w ciemnościach.
Weszli w jakiś park śpiący, w nieprzeniknione i czarne gąszcze. Tylko pasy nieba jaśniały nieco nad głowami, wlokły się jak długie i kręte drogi, zawalone postrzępionymi chmurami. Obrzeżony rozchwianymi konturami drzew, księżyc wychylał się niekiedy, a wówczas ich cienie waliły się na drogę martwą ciemnicą i przerzynały ją jak trupy czarnymi progami.
Zenon szedł bez trwogi, zapatrzony w nikłą, ginącą co chwila w mrokach sylwetkę Daisy i zasłuchany w ponurą gędźbę drzew rozkołysanych...
Nie myślał w tej chwili o niczym; cienie pełne tajemniczych jaśnień zalały mu duszę rozkołysanymi, nieujętymi zjawami tego, co się stać miało — te przyszłe chwile rodziły się w niewiadomych głębiach i osuwały go w mroczny, nieuchwytny lęk tajemnicy...
Wyszli na jakąś pustą przestrzeń. W głębi wynurzał się z cieniów ogromny, czarny dom. Księżyc znowu ukazał się na chwilę, tak że spostrzegł wyraźne, twarde zarysy wież porozwalanych i ścian, prześwitujących powybijanymi oknami, i stare bluszcze, opinające rozpadające się mury.
Ale nim zdążył się rozejrzeć, skądś — jakby z piwnic — wyrwała się smuga oślepiającego światła i rozległ się huk zatrzaśniętych drzwi.