Zenon nie słuchał więcej. Podrażniony jego ostrym tonem, wyszedł prędko. Ale na korytarzu — jak słabe, dalekie echo — usłyszał znowu ten śpiew dziwny.

„Woła mnie! Tak wyraźnie mnie woła!”, pomyślał naraz, przypominając sobie to, za czym gonił dni tyle na próżno.

— Idź za spotkanym... Idź za spotkanym — powtarzał zbielałymi wargami i, już nie rozmyślając, bez wahania ni najmniejszej chęci oporu, spokojny, zimny prawie, zupełnie świadomie powstał w sobie posłuszny, by iść za tym nakazem nieubłaganym, jaki znowu nim zawładnął.

Poszedł w jakimś niewiadomym kierunku — za tą piosenką, co się niekiedy odzywała cichym kwileniem z cieniów i była mu drogowskazem do Nieznanego.

— Idę... Idę... — szeptał niekiedy, przyśpieszając kroku.

Dopiero na Piccadilly109 rozwiały się zupełnie te dźwięki, tonąc w tłumie ulicznym i zgiełku. Stanął wtedy bezradnie, rozglądając się po ulicy.

Po drugiej stronie, w świetle wystawy sklepowej, wyraźnie zobaczył idącą Daisy. Pobiegł natychmiast za nią, nie mogąc się jednak zbliżyć z powodu gęstwy ludzkiej, nad którą widział jej głowę.

„Niechaj się stanie, co się ma stać”, pomyślał, zupełnie niezdziwiony tym spotkaniem, pewny już, że po to tutaj przyszedł, że tak być miało...

Szedł za nią o parę kroków zaledwie, nie zbliżając się nawet wtedy, gdy tłum cały gdzieś się podział; gdy szli jakimiś prawie pustymi ulicami, tak że tylko ich kroki rozlegały się głucho. Szedł za nią jak jej cień nieodstępny i nigdy niezgubiony, jak konieczność...

Jakieś ulice przeszli, jakieś puste place, jakieś parki uśpione i pełne cichych szmerów; i po szerokich schodach wchodzili na jakiś dworzec kolejowy.