Rzucił się tam gorączkowo.

Tu również nie było nikogo, lecz śpiew spotężniał i brzmiał donośnie w ciszy mieszkania, tak że poznał głos Daisy i tę dziwną, tajemniczą piosenkę.

Stał osłupiały w cichej trwodze, wodząc przyczajonymi oczyma po mieszkaniu.

Nie, z pewnością nie było nikogo, a dźwięki płynęły wciąż tylko — już nie wiadomo skąd. Brzmiały tuż przy nim; to płynęły górą, to okręcały się falą leniwą, przygasającą, i znowu rozbrzmiewały pełniej i silniej, gdzieś dalej, jakby w pierwszym pokoju... Pobiegł za nimi bezwiednie... Ale już rozlegały się w jakiejś dali, jakby za oknem, w gąszczach drzew, potopionych w mroku... A może i w nim samym...

Był zupełnie przytomny i absolutnie zdawał sobie sprawę ze wszystkiego, co się z nim działo w tej chwili; więc, nie bacząc na żadne względy, zapragnął dowiedzieć się, skąd ten śpiew płynie. Przypuszczał bowiem, że Daisy musi być u siebie, w przyległem mieszkaniu.

Zapukał energicznie do drzwi. Odpowiedziało mu krótkie i złe warknięcie pantery, a potem dopiero, nie otwierając, upewniała go pokojówka, że Miss Daisy wyjechała na miasto.

Nie uwierzył temu i poszedł do reading-roomu.

— Z pewnością wyjechała na miasto, sama ją odprowadzałam do schodów! — tłumaczyła mu Mrs Tracy, zdziwiona jego natarczywymi pytaniami, odwodząc go nieco na bok, bo profesorowie rozprawiali namiętnie.

Mahatma siedział pośrodku i jego przenikliwe, czarne oczy spoczęły na nim przez chwilę jakimś złym spojrzeniem. Odwrócił się i mówił wzgardliwym tonem:

— Wasza kultura materialistyczna, wasze wynalazki, wasze odkrycia, prowadzą do jednego: do uwielbienia brutalnej siły i złota. Służą Złu, Zło sieją... Jesteście jak sępy, krążące w przestworzach, ślepe na blaski cudów, a chciwie wypatrujące w nizinach padliny... Przepadniecie w niepamięci czasów rychlej i bardziej bez śladów, niźli...