Znalazł się w ogromnej, prawie ciemnej hali. Na środku niski trójnóg podtrzymywał miedzianą, olbrzymią kadzielnicę, wypełnioną rozżarzonymi węglami, z których buchały upajające, ciężkie wonie, a za nią majaczył jakiś kolosalny posąg, przysłonięty fiołkową draperią — i nic poza tym. Nagie ściany, gładkie, lśniące kamienie, z których gdzieniegdzie wyrywały się zgaszone w nocy malowidła, jakieś głoski złote, tajemnicze symbole ognia, wody i powietrza, halucynacyjne skręty jakichś potworów i zwierząt, larwy, krzyczące w trwodze — wszystko ledwie dojrzane przez pasma krwawych dymów, przez rozetlałe purpurą ciemności.
Rozglądał się, nie mogąc dojrzeć nikogo — przerażony tą martwą ciszą, co jak grobowa płyta przywaliła mu duszę — gdy poczuł, że kamienna tafla, na której stał, drgnęła i z wolna zaczęła z nim płynąć z jakimś ledwie odczutym spadkiem. Nie poruszył się, nawet nie drgnął, tylko przymknął oczy, bo strach go zdławił i zatrząsł lodowatym dreszczem, ale wnet oprzytomniał, uderzając o ścianę. Zupełna noc go oprzędła w nieprzeniknione mroki; nie miał pojęcia, gdzie jest. Przez to mgnienie obawy stracił poczucie, co się z nim stało; to zrozumiał tylko, że jest w jakimś niskim i wąskim korytarzu. Trzymając się ścian, pochylony, zaczął iść naprzód nieustraszenie.
Chór głosów odległych, stłumionych i głębokich, podobnych do szmerów fal konających u dalekich wybrzeży, rozbrzmiewał gdzieś przed nim, łkał jakby w głuchej próżni, drgał coraz ciszej i bliżej, bliżej... Biegł ku tym brzmieniom sennym i niewytłumaczonym, pełen lęku i ciekawości zarazem.
Korytarz urwał się nagle przy jakiejś ścianie zimnej i śliskiej, dźwięki rozwiały się w ciszy. Zaczął po omacku, gorączkowo poszukiwać drzwi, gdy znowu podłoga się pod nim ugięła... Poczuł, że się zapada... Że leci w przepaść z błyskawiczną szybkością... Obezwładnił go lęk i to przerażające poczucie zapadania się bez możności ratunku.
Kiedy ochłonął, siedział na jakiejś ławie kamiennej. Ostrożnie jął suwać rękoma po ścianach: zimne były i gładkie jakby z porfiru110. Pokój był mały, kwadratowy i bardzo wysoki, bo, stanąwszy na ławie, nie mógł dosięgnąć sufitu. Tylko jedna ze ścian wydała mu się zimniejsza — jakby ze szkła — i pełna dziwnych wypukłości oraz twardych, poskręcanych linii; a nigdzie ani śladu drzwi ni okien.
Upadł, śmiertelnie znużony i jakby zabity niezgłębioną, straszną ciszą; przywaliła go kamienna noc i cisza pustki absolutnej, nieopowiedziana groza martwego milczenia.
Siedział odrętwiały, bez ruchu i zgoła bez myśli, jakby na samym dnie umarłego od milionów lat świata, w wiekuistych przepaściach ciszy. Zdało mu się niejasno, że marzy mu się kamienny sen, że śni wieczystą martwotę, z której się nigdy nie powstaje, że jest jak źdźbło żywe, porwane nagle w samą głąb wiecznego milczenia i mocy wiekuistej.
I tak mu w pamięci i w bez-czuciu przepływały chwile niewiadome — jak musi upływać czas bazaltom na dnach oceanów albo duszom, błąkającym się w nieskończonościach, albo gwiazdom, pomarłym i spadającym wiecznie, wiecznie...
Był już tylko milczeniem skamieniałej trwogi, śniąc bezprzytomny sen o sobie — i jak przez sen majaczył, że oczy jego zaczynają coś spostrzegać, że staje się coś w nim widmowymi zarysami... Ściana naprzeciw wyłaniała się z wolna z nocy, robiła się przejrzysta, stając się jak toń zielonawa, przez którą chwieją się blade kontury dna... Dziwaczne groty... Fantastyczna roślinność i cicho przemykające larwy jakiegoś potwornego życia... Blaski rozpierzchłe zjaw nierozpoznanych.
Był już pewny, że tylko śni. Nie poruszył się z miejsca, aby nie pierzchły widzenia; ciężkimi oczyma patrzył w jeden punkt — w dno tych wyłaniających się z wolna przestrzeni, w jakąś skałę, sterczącą pośrodku, a spowitą w krwawe płomienie i podobną do ognistego wytrysku, do rozpalonej pochodni, targanej wichurą, tak rwały się płomienie wzburzonym rojowiskiem krwawych wężów. A dokoła, w zielonym mroku jakby dna morskiego, leżały kręgiem bezładnym głazy ogromne... Chwiały się jakieś drzewa o gałęziach podobnych do pazurów... Drgały jakieś ruchy rzeczy niewiadomych...