Tak, snem tylko musiała być ta grota olbrzymia, zasnuta stalaktytami, co, jak sople potworne, zwieszały się ciężkimi spływami; zalana zielonym mrokiem, w którym zaczęły się poruszać nikłe, złote mżenia, jak rój motyli świetlistych, a spoza nich wynurzały się ciężkie, nierozpoznane postacie, wypełzały jakby spod głazów, z tych jam zielonych, z gąszczów zielonych cieniów i procesją cichą, ledwie dojrzaną poruszały się w szmaragdowej toni niby w wodzie rozedrganej... Jakby płynęli, okrążając krwawą wizję płomieni... Dźwięki jakieś zadrgały, jakby tysiące harf naraz zajęczały i skonały... Rozsypały się po głazach, niby rdzawe ropuchy, a zarazem potem wysunął się znowu długi orszak biało ubranych postaci o bosych nogach i obnażonych piersiach kobiecych... Głowy wężów, głowy ptaków, głowy zwierząt — cały piekielny orszak złowróżbnego Seta111. Szli wolno, rytmicznie, dźwigając na ramionach długie, czarne mary nakryte, okrążali płomień i, ustawiwszy mary tuż przed nim, rozwinęli się po jego bokach, jak dwa skrzydła białe...

Nagle rozległ się przerażający huk. Błyskawica złotą pręgą przewinęła się na wskroś groty. Wszyscy padli na twarze. Krwawe płomienie trysnęły w górę jak wulkan i opadły cicho, natomiast jęły bić kłęby złotawych dymów kadzielnych, z których z wolna, w śmiertelnej ciszy stawiania się wyłaniała się postać Bafometa... Wynurzał się z tych wylękłych, rozchwianych, pobladłych płomieni... Wyrastał jak groźna chmura z dogasającej otchłani... Aż się jawił cały, jak noc posępny i jak śmierć straszny... Przykucnął na koźlich nogach...

Złote rogi półksiężyca rozbłysły na wąskiej, obnażonej czaszce. Nagi był cały, wysmukły, młodzieńczy. Siedział z szeroko rozwartymi kolanami, między którymi, jak wąż jadowity, wiła się krwawa błyskawica. Opuszczone, długie ręce dotykały zakrzywionymi pazurami całunu mar stojących mu u kopyt złotych. Czerwone, jakby z rozżarzonych karbunkułów oczy błysnęły światłem i zdały się błądzić po głowach leżących przed nim w prochu wylękłej pokory. Był okropny w piękności zimnej jak ostrze i zatrutej czarem śmiertelnym; posępny, jak nieubłaganie. Dzika słodycz lśniła w boleśnie zaciętych ustach. Brwi, ściągnięte i groźne, były jak łuki, napięte pomstą i gniewem. A w twarzy chudej i wyniosłej, na dumnym czole leżała utajona męka wiecznego buntu, nocy nieskończonej, krzywd niepomszczonych i wiekuistych błąkań. Ciało miał przygięte i naprężone w przyczajonym skoku, tak że wydawało się, iż jawił się na mgnienie i zaraz rzuci się znowu w przepaście przebiegać lodowate pustynie milczenia i biec zawsze, nieskończenie, wiecznie...

Zenon oprzytomniał wobec tego widziadła. Czuł, że nie śpi, a nie mógł uwierzyć... Bronił się przed szaleństwem... Chciał uciekać... Otaczały go zimne, nieubłagane, nieustępliwe mary. Chciał krzyczeć z nagłej, obłąkanej trwogi — nie wydobył głosu; dźwięki pomarły mu w krtani jak poduszone w gnieździe pisklęta. Zaczął bić i łomotać w tę ścianę przejrzystą, jakby szklaną; nawet nie zadźwięczała pod razami, poranił tylko boleśnie ręce i kolana i padł wyczerpany.

Dopiero po jakimś czasie uniósł głowę. Ściana jeszcze jaśniała. Jakiś śpiew przeciągły brzmiał monotonnie — słowa dziwne, ciężkie jak kwiaty, spadały cicho, splatając się w modlitewny, uroczysty wieniec płomiennych szeptów:

— Panie nocy i milczenia...

— Bądź z nami — odbrzmiewały echa.

— Panie trwożnych i uciśnionych...

Łkały coraz namiętniej głosy. Podniósł się, przytknął twarz do poczerniałej nieco ściany — grota była prawie niewidzialna, noc ją zapełniła, tylko pośrodku posąg Bafometa jaśniał niby skamieniała w biegu błyskawica, a czarne mary stały wciąż pod nim. W kręgi świateł z głębin cieniów wdarła się wolno uroczysta, przejmująca psalmodia112:

— Który zbawisz wyklętą...