Dusza mu się zawarła na wszystko i zapadła w długie odrętwienie.

Kiedy powstał z ziemi, grota była w bladych, błękitnawych jasnościach skąpana. Bafomet stał jak krzew purpurowych ogni, a u jego stóp na rozkrzyżowane, białe ciało Daisy wypełzał czołgający się cień — jakby pantery, biorącej ją w uścisk.

Grota była pusta. Nadludzki strach o nią tak sprężył mu siły zwątlałe, że krzyknął z całej mocy i trwogi, i szaleństwa, rzucając się na nieprzejrzystą ścianę, jakby chciał biec na ratunek.

Wszystko naraz przepadło, brązowe drzwi zatrzasnęły się z hukiem. Znalazł się znowu przed tą ponurą ruiną — niepewny, wahający i bezradny; jak przedtem, jakby tam nigdy nie wchodził.

„Gdzie ona mogła zniknąć”, rozmyślał jak przedtem, niepamiętny niczego zgoła, wodząc zdumionymi oczami po rozwalinach. Obszedł znowu dom i znalazłszy, jak poprzednio, wszystkie wejścia zabite na głucho, stanął zniechęcony, nie wiedząc, co ze sobą począć.

Świt się już stawał. Łuny Londynu zaledwie się tliły przygasłymi zorzami na wzburzonym i pobladłym niebie, przesianym martwą jeszcze i szarawą jasnością. Gwiazdy zamierały jak oczy, przysłaniane martwiejącymi powiekami. Chmury ogromne, postrzępione, sinawe leciały nisko z jakimś niemym krzykiem. Wichura targała drzewami, które ze snu ciężkiego podnosiły przemoczone, czarne i rozbolałe gałęzie. Dzień wstawał wolno i ciężko, boleśnie przemokły i odrętwiały z zimna. Wszędzie lśniły sinawe kałuże wody, twarde zarysy ruin potężniały w brzaskach, głuche i ślepe jeszcze pola dźwigały się w ciemności. Świat stawał się w chaosie mroków blednących...

I Zenon jakby się podniósł z nocy niepamięci o sobie. Zbudziło go zimno i wicher, więc, nie namyślając się już, oderwał się od ruin i poszedł śpiesznie do stacji.

Pod drzewami noc się jeszcze tłukła strwożona. Szedł aleją drzew ogromnych, szarpanych wichurą i wyjących dziką pieśń zimowego poranku. Jakiś paw zabłąkany krzyczał w żywopłotach. Stado wron zerwało się z gałęzi, ginąc w mrocznej kurzawie świtów. Posypały się nań połamane gałęzie i przysiadł bezwiednie w jakimś gąszczu, aby przeczekać huragan, szalejący coraz potężniej.

I pozostał już tam, jakby uwięzły w wichurze i oczarowany rozwieją żywiołów. Zespalał się z nimi, łączył w ponurych wyciach huraganu, śpiewając razem dziką, bezładną i przepotężną pieśń bez słów — pieśń upojeń, pieśń ślepych, a nieśmiertelnych sił przyrody.

Zapomniał o powrocie. Poszedł w park, błądził między drzewami, utonął w rozwytych ciemnościach. Był przytomny, a niewiedzący. Dojrzał jakiś kwiatek, rozetlaly w zwiędłych trawach, i przycisnął go do ust rozpalonych. Nagła, niezmożona tęsknota rozparła mu duszę taką miłością i taką głodną żądzą stopienia się ze wszystkim, że podniósł się, zbratany z nocą i wichurą, podobny w czuciu drzewom i niebu, spotężniały mocą tkliwości niezmiernej, tak że przytulał się do drzew, klękał przed krzakami, obejmował gałęzie, całował trawy zeschłe, oblewając serdecznymi łzami szczęścia te istoty najdroższe i najświętsze, zagubione dawno i odnalezione niespodziewanie.