Oto palono siedem ziół czarnoksięskich, skropionych krwią niewiniątka, i popioły rozsiewano na siedem stron świata.
Oto zamajaczył korowód płazów i ropuch olbrzymich, wlokąc za sobą na słomianych sznurach rozpięte drzewo krzyżowe; i wśród urągowisk i plwań, wśród piekielnego chóru chichotów i naigrawań podarto je w drzazgi, rozdeptano i rzucono pod kopyta posągu.
Oto gromada potworów nieopowiedzianych — rozwyte stado strachów, wampirów, mar — zjawiła się jakby wylęgła z obłąkanego mózgu, niosąc na wiekach spróchniałych trumien symboliczną, białą hostię113; i wśród przerażających wrzasków, znieważeń i wycia zwalono je przed Bafometem.
Oto zaczęły się wychylać na światło jakby wszystkie potwory katedr średniowiecznych, wszystkie larwy pokuszeń i lęków, tające się w duszach świętych; zjawiały się milczące, posępne, niosąc księgi święte, symbole, znamiona, wizerunki, szaty rytualne, zwalając wszystko na jeden stos ogromny. Siedem krwawych błyskawic trysnęło z oczu Bafometa, siedem gromów runęło w stos. Buchnęły płomienie, a wszystkie zjawy piekielne powiodły dziki, rozchwiany, okrążający tan.
Gryzące, czarne dymy przysłoniły postać Daisy i wzbijały się wysoko rozwichrzonymi słupami, zaciemniając grotę ponurym, nieprzeniknionym tumanem.
A Zenon pochylił się w sobie — jakby nad krawędzią świata nieznanego. Spoglądał w tajemnice i oczy jego duszy pierwszy raz wybiegły poza siebie, poza głupią i leniwą myśl, poza fakty i rzeczy widome; pierwszy raz leciały przez jakieś nieprzejrzane obszary, przez jakieś dale czarowne, przez jakieś wyże i przepaście nieskończone, tak iż cofnął się olśniony, pełen świętej cichości przeczuwań i widzeń. Jakiś wiew nieśmiertelnej mocy przewiał mu przez duszę.
— Nie trwóż się! Jestem przy tobie! — zadźwięczał tuż przy nim głos Daisy.
Ukorzył się nagle w sobie, padł na twarz jakby u stóp niewidzialnej i głosem pokory najwyższej i oddania szepnął:
— Nic nie wiem, nic nie rozumiem, ale czuję, że jesteś przy mnie.
— Myśl, a znajdziesz mnie zawsze i wszędzie!