— Przeklinam!
— Przeklinasz „O”?
— Przeklinam!
— Przeklinasz „M”?
— Przeklinam! — padały dźwięczne, nieustraszone słowa odpowiedzi.
Nie rozumiał już dalszej litanii przysiąg straszliwych i zaklęć mrożących krew, bo zasłuchał się całą duszą w oddźwięki przysięgającego głosu. Czuł po dreszczu, jaki w nim budził, że już go gdzieś słyszał — łowił go więc w sobie jak motyla, nie zwracając uwagi na przerażający rytuał, ciągnący się bez przerwy. Aż w końcu zrozumiał jasno, że to była Daisy, że to ją poświęcono Bafometowi w tych tajemniczych obrzędach. Ale nie dziwił się temu, jakby już wyzbyty zdolności zdumiewania się czymkolwiek.
Ciemności pobladły i grota zaczęła się nieco rozjaśniać.
Daisy siedziała między kolanami Bafometa, w takiej samej jak i on pozycji. Opuszczone ręce dotykały pantery, leżącej u jej nóg, a nad jej głową, opłyniętą w złoty dym kadzielny, pochylała się zielonawo-krwawa, smutna twarz diabła. Jego ręce długie zdawały się obejmować ją wpół i przytulać do siebie — to jedno tylko widział dobrze, a reszta majaczyła przed olśnionymi oczyma jak korowód sennych, ledwie przypomnianych mar i zjaw.
Nie wiedział, skąd płyną, i nie wiedział, czy są poza jego duszą.
Oto, na poły zwierzęcy, złowrogi orszak Seta przywiódł białego baranka, którego jakiś człowiek z głową psa zabijał ciężkim, krzemiennym nożem; i wśród ponurych śpiewów i przekleństw rzucono go na pożarcie panterze.