Śpiewy się rozwiały, w stłoczonych i mętnych ciemnościach zaczynało się coś dziać. Nie mógł rozróżnić chwiejnych zarysów. Mgliste, białawe cienie wiodły się korowodem, opływały posąg, snuły się drgające światła... A jakiś cień nachylił się nad marami. Wyraźnie rozróżniał stąpanie niewidzialnych nóg po ostrym żwirze. Szepty jakieś... Syczenie płomieni... Ruchy niedojrzane...

Naraz rozległ się przeciągły, żałosny ryk.

— To Bagh! Bagh! — szepnął, spostrzegając zarys pantery, rzucającej się na mary.

Opadła z nich płachta cieniów i naga, wysoka postać podnosiła się wolno. Zadrżał do głębi — dałby w tej chwili całe życie za możność dojrzenia jej twarzy... Widział tylko, jak przez gęstą mgłę, wysmukłe, nagie ciało, owiane płaszczem rdzawych w oddali włosów, stojące między kolanami Bafometa!

Głos mocny spiżowym dźwiękiem rozległ się donośnie:

— Czego chcesz?

— Umrzeć dla niego! — odpowiedział śmiało drugi.

— Chcesz poślubić śmierć?

— Poślubiłam zemstę i tajemnicę.

— Przeklinasz „A”?