— Przychodziła na górę... Kazała mi iść — tłumaczył się lękliwie.

— Dobrze. Naszykuj kąpiel, zaraz przyjdę.

Zdumiał się jeszcze więcej, ujrzawszy Zenona, siedzącego na łóżku i zgarniającego palcami rozsypane na kołdrze fiołki.

— Dawno nie śpisz?

— Przed chwilą się przebudziłem. Kto to przyniósł i rozsypał?

— Właśnie o to samo chciałem cię zapytać.

— Śniło mi się, że Daisy rzuciła we mnie pękiem kwiatów. Śniło mi się przed chwilą, że, przebudziwszy się, myślałem, iż to sen: te kwiaty.

— Nie, to są rzeczywiste kwiaty, jakiś tajemniczy aport! — szepnął, pomagając mu zbierać fiołki, bo pełno ich było na łóżku, świeżych, wonnych jeszcze, rosą błyszczących, tak iż napełniły mieszkanie wiośnianym aromatem.

— Jak się czujesz?

— Zupełnie dobrze. Ale co mi się stało właściwie? Bo nic nie pamiętam.