Głuchy, daleki szum miasta bił monotonnym szmerem w okna, deszcz brzęczał po szybach, a światełko, uwięzione w kryształowej kuli, trzepotało się zielonawą, tajemniczą źrenicą jak niezgłębiona tęsknota, jak pamięć rzeczy minionych i niepowrotnych...
Dopiero po długiej chwili Joe się przemógł i rozniecił światła.
Drzwi do okrągłego pokoju były zamknięte, Zenon zaś siedział uśpiony na dawnym miejscu, przed fisharmonią.
— Trzeba go zbudzić, wyczerpie się.
Ale nim to uczyniono, sam się przebudził i powstał.
— Zdaje mi się, że spałem? — szepnął, przecierając oczy.
— Zaraz usnąłeś.
— Nie... Grałem przecież coś. Zdaje mi się, Bacha15...
— Grałeś także i później...
— Przez sen?