— Musiałem cię już dawniej kochać, dawniej i zawsze...

— Bo zawsze byłam przy tobie i zawsze byłam twoją duszą...

— Wiem... Przed czasami... Przed istnieniem... Musiałem być słońcem i zgasłem, utonąłem w bezmiarach twojej źrenicy świętej.

— Pójdziesz ze mną? — wsparła oczy swoje na jego oczach nieruchomych.

— Choćby w śmierć! Kochasz mnie? — zamierał z nadludzkich wzruszeń.

Ale Daisy porwała się z miejsca, bo pantera podniosła się nagle i, wsparłszy się łapami o basen fontanny, zaczęła ponuro wyć. A jemu się wydało, że spoza strug wody wychyla się smutna i groźna twarz Bafometa, rozbłysła krwawymi oczami.

— Idę w wieczny sen o tobie! — majaczył, padając na ławkę.

ROZDZIAŁ VII

„A potem już chyba śmierć!”, myślał po długim milczeniu, podnosząc rozgorzałe oczy. Daisy już nie było. Tylko Bagh, czołgając się po zrębie basenu, skomlała tęsknie, a rozmotany pióropusz fontanny dzwonił trwożliwym, rozełkanym szmerem. Chwiały się liście palm i z zielonych gąszczów przebłyskiwały jakieś kwiaty, podobne oczom zaczajonym tak niemo, a drapieżnie, że zatrząsł się i śpiesznie wyszedł z oranżerii.

Ale głos Daisy wciąż w nim śpiewał. Wciąż słyszał jej słowa, spadające mu na duszę rosą wonną i palącą. Wciąż widział jej oczy; przenikały go niby ostrza, dręczące bolesną rozkoszą. Przepalał go straszliwy żar ekstazy, miotał nim wicher szczęsnego szaleństwa, unosił w nieba i rzucał w odmęty niepojętej zgrozy, na jakieś głuche, umarłe dno wyczerpania. A wśród tego chaosu i strzępów myśli wiło się przez niego tylko to jedno mocne i świadome uczucie, że musi być posłuszny jej woli, musi, i że ta konieczność ofiary z siebie i zatracenia się ma niewypowiedzianą słodycz zamierania.