Pochwycił jej ręce i przycisnął do ust.

— Mów do mnie, obudź mnie. Niech uwierzę, iż to nie sen, błagam cię... — szeptał nieprzytomnie i gorączkowo.

Wpatrzyła się w niego rozgorzałymi jak płomienne otchłanie oczyma. Stała się jak kwiat cudny, rozkwitły nagle przepychem barw i dyszący upajającymi aromatami — usta jej drgały, aż, nachylając je prawie do jego ust, szepnęła:

— Tylko sen możemy śnić razem; życia nam nie wolno.

— I kiedy się ma to stać? — pytał z lękiem, że wnet się rozwieje wszystko.

— Może dzisiaj jeszcze... Może jutro... Nie wiem, ale kiedy nadejdzie ta chwila, zjawię się przed tobą i ty...

— A ja pójdę za tobą! O Daisy! O Daisy! Ja śnię rzeczy nieopowiedziane...

— Będziemy śnili o sobie... Prześnimy nasze dawne istnienia i awatary.

— Słowa twoje mnie budzą, zmartwychwstaję w tobie...

— Bom jest tobą; jak kwiatem jest jego aromat!