Ujęła go za rękę, wiodąc w zaciemnioną głąb, pod bambusowe krzewy. Tam usiedli. Pantera patrzyła na nich zielonymi, stróżującymi oczyma.
— Mam kilka słów do powiedzenia, kilka ważnych słów.
— Czekałem na nie z utęsknieniem...
— Jeżeli chcesz, możemy pojechać na ten słoneczny brzeg, o którym niegdyś opowiadałeś... Parę tygodni... Przepadniemy dla ludzi... Będziemy śnili nadludzkie szczęście...
— To droga, wykreślona wtedy na mapie, tam wiodła?
— Do wykradzionego od życia szczęścia wiodła! — szepnęła.
— Nie mogę się przebudzić! — ozwał się, ściskając sobie głowę.
— Zginiemy na kilka tygodni, ale potem pamięć tego czasu musi w nas umrzeć... Będziemy dla siebie tak obcy i dalecy jak dotychczas.
— Jakże pamięć szczęścia może w nas umrzeć!
— Chcesz? — zapytała znowu, zaglądając mu z bliska w twarz.