— Chyba dlatego, że służymy jednej pani — wyrzekł cicho.

— Nie, ale dlatego, że my troje służymy Jedynemu...

Nie miał czasu prosić o wytłumaczenie, gdyż wstawano od stołu i Daisy zaraz wyszła.

I życie znowu potoczyło się jak zwykle, jak co dzień.

Jak zwykle dnie wlokły się wolno i nudnie. Poranki wstawały senne i mgliste, południa przychodziły blade, wyczerpane i smutne, wieczory były rozdygotane gorączką i zdenerwowane, a noce ciągnęły się bez końca, zasłuchane w pluski nieustannych deszczów i w krzyki szamocących się drzew. Nieskończony korowód chwil niepamiętanych, tysiące twarzy i rzeczy niezauważonych, tysiące rozpryśniętych myśli przesuwało się jakby głębią zwierciadła przez jego mózg, niezdolny do żadnego skupienia, i przez jego oczy, ślepe na wszystko zewnętrzne, a wytężone wciąż w jakąś tajemniczą, czarowną dal oczekiwania.

Czekał na znak Daisy. Na to obiecane jutro — tam, nad błękitami mórz dalekich. Czekał spokojnie, ufny, że zjawi się i powie: „Chodź!”.

I codziennie wstawał z płomienną nadzieją, że to zaraz się spełni, że to dzisiaj otworzą się wrota wymarzonego raju. Ale po kilku dniach ekstatycznych wyczekiwań Daisy wyjechała z Mahatmą do Dublina na pewien czas. Zaniepokoił się nieco, lecz odprowadził ich na kolej wraz z Joem i wieloma wyznawcami. Już w ostatniej chwili odjazdu Daisy zatopiła w nim rozgorzałe potężnie oczy i szepnęła:

— Wkrótce... Pamiętasz?

— Czekam! Czekam! — odpowiedział niemymi ustami.

I tak długo, a uporczywie patrzył za pociągiem, ginącym w oddali, że aż Joe, zrozumiawszy jego stan, ścisnął mu rękę w kostce i lekko dmuchnął w oczy.