— Chodźmy już, zimno — zawołał rozkazująco.

Zenon wstrząsnął się febrycznie i jakby się budząc, pytająco patrzył dokoła.

— St Pancras Station117! Nie poznajesz?

Zenon zaśmiał się dziwnie nerwowo.

— To dziwne, ale przez jakieś mgnienie nie wiedziałem, gdzie jestem. Miałem wrażenie, iż jadę pociągiem i rozmawiam. Nie rozumiem, co mi się stało! — przecierał czoło, usiłując skupić rozpierzchłe strzępy jakichś przypomnień.

— To resztki jakiejś choroby. Albo jej początek...

— Być może, istotnie, ale od paru dni czułem się tak niesłychanie podniecony! Byłem pewien, że mnie coś nadzwyczajnego spotka. Prawda, przecież ja czekam... — Nie skończył.

— Powinieneś wyjechać! Nawet nasz doktor mówił mi, abym ci poradził zmienić klimat i otoczenie. A zwłaszcza otoczenie.

— To prawda, że nasz pensjonat jest nieco wariacki.

— A niektóre osoby mają na ciebie wpływ bardzo niebezpieczny.