— „Czekamy od dwóch dni”. Są jakieś listy?

— Wszystkie leżą na biurku! — objaśnił służący.

— To dzisiejsze?

— Od czterech dni składam...

— Tak... Od czterech dni... Prawda, zapomniałem przejrzeć...

Na samym wierzchu błękitniała jakaś koperta, adresowana nieangielskim charakterem pisma. Ważył ją w ręku, oglądał ze wszystkich stron; wreszcie rozerwał, list przeczytał jednym tchem i osłupiał.

Pisał do niego brat stryjeczny, który przyjechał przed paru dniami do Londynu i usilnie chciał się z nim widzieć. U spodu listu czerniał krótki dopisek: „P. S. Bardzo proszę i bardzo czekam. Ada”.

„Ada! Ada!”. Wpatrzył się w sznur drobnych, wykwintnych liter, od których podniósł się zapach jakichś przywiędłych wspomnień. „Czekają na mnie! Ada! Muszę iść, trzeba, koniecznie...”. Chwiał się przez chwilę, nie wiedząc, co począć, ale tak go coś ciągnęło do nich, że ani wiedział, kiedy się znalazł w cabie i polecił się zawieźć do Cecil Hotelu118. „Dziesięć lat! Upiory mnie gonią! Umarłe powstają!”, myślał, przypominając sobie jakąś twarz dawno zapomnianą.

— A jednak tamto umarło już we mnie! Umarło! — powtarzał, jakby broniąc się przed wspomnieniami.

Na próżno. Rozdarły się nagle mroki, a spod całych lat niepamięci, spod burzliwych zwałów nowego życia, wydzierały się echa dawnych czasów — coraz tłumniej i potężniej, i bardziej zgiełkliwie.