„Zaledwie pamiętam o tej miłości, zaledwie pamiętam!”, rzucił wyzywająco własnemu sercu, oczekując z niepokojem jego odpowiedzi. Lecz serce ani drgnęło; nie zabiło żywiej, nie szarpnęło się tęsknotą, tylko zjawiła się pamięć jakichś strasznych chwil. Ostatni dzień przed ucieczką z kraju wpełznął mu do mózgu i żarł kolczastymi kłami przypomnień.
Cab toczył się wolno, wciśnięty w nieskończony łańcuch powozów, omnibusów i automobilów. Ulice szumiały wrzawą i ruchem. Miasto majaczyło w szarych i zimnych mgłach. W głębiach sklepów połyskiwały światła. Czarne mrowie ludzkie płynęło jakby rzekami — bez końca i liczby.
„Jak ona wygląda? Jak mnie przyjmie?”, dumał, zapatrzony w larwy tamtych dni, wynoszących się coraz wyraziściej. Wszystkie słowa pomarłe znowu zadźwięczały w mózgu, wszystkie jej spojrzenia kłębem błyskawic przewinęły się, budząc strupieszałe przypomnienia cierpień. Godziny ciężkich walk, godziny zwątpień i rozpaczy, chwile nadludzkiej męki — cała Kalwaria tamtego życia przepływała przez niego gorzką, trującą falą. I chociaż przechodziły korowodem mar, do snów tylko dręczących podobne, w wyblakłą grozę przyodziane i w proch się rozsypujące, ale syciły mu duszę jakimś smutkiem daremnego żalu.
„Każde dzisiaj jest grobem dla wczoraj! To bardzo mądra konieczność!”. Westchnął jednak smutnie i, wchodząc do hotelu, postanowił niezłomnie, że się nie pozwoli wytrącić z równowagi i nie da się urokom przeszłości.
„Jestem im obcy i obcym pozostanę. Dziesięć lat czasu leżą między nami! Ale czego chce ode mnie ta marmurowa pani? Czy jeszcze mało zapłaciłem?”, pytał, wrząc głuchym, buntowniczym gniewem i niechęcią. Jednak kiedy wszedł do przedpokoju i służący poszedł go oznajmić, poczuł szaloną chęć ucieczki.
Było już jednak za późno. Ktoś biegł pośpiesznie, drzwi się otwarły i Ada stanęła przed nim.
Wyciągnęła ręce gwałtownym ruchem radości.
Nie potrafił również wykrztusić ani słowa; tylko ręce ich się zwarły, oczy zatonęły w sobie i stanęli nieprzytomni prawie z dziwnego wzruszenia.
— Chodźcież! — ozwał się jakiś głos z głębi mieszkania.
Pociągnęła go do środka. Naprzeciw szedł o kiju ktoś, kogo nie poznał na razie, i rzucił mu się w ramiona.