— Uwierzyłbym, oczywiście musiałbym uwierzyć, ale...
— Cóż znaczy powód wobec samego faktu? — odezwała się Ada.
— Fakt był ważny, nie przeczę, ale tylko dla mnie jednego! — rzucił niechętnie, lecz widząc jej twarz nagle zachmurzoną, zaczął żartobliwie: — Musicie mi kiedyś opowiedzieć wszystkie plotki, jakie krążyły po moim zniknięciu! No i jak mnie tam żałowano? Smutek musiał być powszechny, nieutulony żal i głęboka żałoba!
— Żartujesz, a corocznie twoi wielbiciele zamawiają żałobne nabożeństwo za twoją duszę.
— Aż tak? To pewnie moi wydawcy, w obawie, abym nie ożył i nie upomniał się o swoje prawa, chcą mi zapewnić niebo.
— Nie umiał pan dawniej żartować ze wszystkiego...
— Człowiek się wciąż uczy czegoś nowego, wciąż...
Podniosła się i zaczęła chodzić po pokoju, wyzierając co chwila przez okno. Nie mógł oderwać od niej oczów. Była wyniosła, piękna i dumna — jak niegdyś. Niekiedy zbiegały się ich oczy i rozlatywały niby spłoszone ptaki. Czasem stawała pod oknem, cudowne jej brwi napinały się jak węże gniewne, a usta, dziwnie wygięte w kątach, nabrzmiałe purpurą, zacinały się jakoś żałośnie. Zdawała się nie słyszeć rozmowy, jaką wiedli, a tylko chwilami podnosiła na Zenona mądre, badające oczy. I wtedy jakimś głębokim westchnieniem podnosiły się jej piersi.
Pozostał u nich na obiedzie, gdyż po przełamaniu pierwszych lodów nastrój stawał się coraz swobodniejszy i milszy. Ożywili się wszyscy i posiłek przechodził bardzo wesoło.
Miał jej twarz przed sobą; puszyste, czarne włosy ocieniały ją niby chmurą, spod której błyskały ogromne, przepaściste oczy, a niski, przecudowny głos budził w nim całe pokłady wspomnień, wskrzeszając przeszłość z niesłychaną mocą.