Wiosenna burza szalała na świecie; niekiedy deszcz lał strumieniami, niekiedy wicher łomotał o ściany, park jęczał, biły pioruny i migotały błyskawice.
Całe towarzystwo grało w karty w przyległym pokoju, a on w wielkiej, mrocznej sali grał na fisharmonii Bacha; grał dla niej jak zawsze i jak zawsze śpiewał o swojej beznadziejnej miłości.
Przyszła, przyciągnięta dźwiękami, i snuła się po sali niby biała, cicha błyskawica. Noc stawała się coraz straszniejsza i grzmoty huczały złowrogo, jakby się walił cały świat. Patrzyła w burzę i oślepiające migoty bez trwogi, jednako spokojna, wyniosła, milcząca i tak martwo obojętna, że jak zawsze pomarły mu na ustach słowa wyznań, a duszę zalały łzy beznadziejnej rozpaczy.
Tego wieczora nie zamienili ze sobą ani słowa.
Został u nich na noc, gdyż z powodu szalejącej burzy niepodobna było wracać do domu.
I kiedy się znalazł w swoim pokoju i, zgasiwszy świecę, zaczął rozmyślać, że trzeba iść precz z tego domu, iść zaraz i na zawsze... Otworzyły się drzwi... Ktoś wszedł bosymi nogami... I nim się zdołał unieść i zapytać, ktoś padł mu na piersi... Ktoś go objął... Czyjeś usta pożerały go chciwymi, głodnymi pocałunkami... Czyjś głos zduszony... Głos objawienia... Głos upojeń i szału...
Nie mógł teraz myśleć o tym spokojnie. Zerwał się bezwiednie z miejsca; brakowało mu tchu i jakieś szalone pragnienie rozprężyło mu ramiona.
Na szczęście akt się skończył. Kurtyna opadła i grzmiące brawa oprzytomniły go natychmiast.
Wyszli oboje do foyer, gdyż Henryk wolał pozostać w loży.
— Wiem, o czym pan myślał! — zaczęła, nie patrząc na niego.