— Jutro opowiem szczegółowiej! Musicie ją poznać. Dobrze się nawet złożyło, że pozna kogoś z moich! Do widzenia!
Z tym się rozstali. Zenon wracał zdenerwowany i zły na siebie, na nich i na cały świat, postanawiając najsolenniej nie pójść jutro do British Museum.
„Bo i po co? Rozgrzebywać stare rany! Czegóż się dowiem? Że to się stało pod wpływem burzy i chwilowej słabości? Dlaczego jednak tak ze mną postąpiła?”, buchnęło w nim równocześnie to stare, dręczące pytanie, tak że się już nie mógł na nic stanowczego zdecydować.
W domu zastał list Betsy, proszącej, aby przyszedł do nich jak najprędzej dla zdecydowania sprawy ich wyjazdu na kontynent. List był pisany z taką głęboką tkliwością, że pod jego wpływem zapomniał chwilowo o swoich udręczeniach, odpisując bardzo serdecznie i obszernie. Podniósł się właśnie, aby list zanieść do portiera, gdy ktoś zapukał do drzwi.
— Proszę! — Zdziwił się, gdyż cały hotel spał już od dawna; Malajczyk stanął w progu, bełkocąc coś bez związku.
— Co się stało? Mówże wyraźnie, nie rozumiem.
— Niech pan idzie prędko... Już od zmroku siedzi... Ja nie...
Nie słuchając więcej, poleciał na górę.
W okrągłym pokoju, tam gdzie kiedyś odbywała się scena biczowań, Joe siedział na środku podłogi z podwiniętymi nogami, skulony i zapatrzony przed siebie szklistymi oczami. Kryształowa kula u sufitu mżyła bladym, zielonawym światłem.
— Joe! Joe!