Ani drgnął na głos przyjaciela, tylko bezprzytomny uśmiech zamigotał na jego sinych wargach; poruszył nimi bez dźwięku i pochylił się nieco naprzód. Zenon poszedł oczami za kierunkiem jego spojrzenia i stanął jakby sparaliżowany. Naprzeciw, pod ścianą, siedział ktoś tak zupełnie podobny do Joego jakby jego zwierciadlane odbicie, tak samo skulony i patrzący przed siebie szklanymi oczami, z tym samym bezprzytomnym uśmiechem na posiniałych wargach.

Zenon obejrzał się trwożnie po pokoju. Malajczyka już nie było, ale ci dwaj wciąż siedzieli jakby zastygli w natężonym, martwym wpatrywaniu się w siebie samych.

Pot mu zrosił czoło i serce bić przestało.

„Śnię czy co? Co to znaczy?”, myślał, przecierając oczy.

Nie śnił jednak, a to, co miał przed sobą, było jakąś zgoła niepojętą rzeczywistością i trwało niezmiennie. Badał ich najbardziej szczegółowo i z najgłębszą uwagą, nie mogąc jednak rozeznać, który z nich jest tylko odbiciem drugiego — każdy bowiem był Joem, każdy był tym samym, identycznym, a w dwóch postaciach.

— Więc to możebne! To prawda! — szeptał zbielałymi ustami, cofając się w głąb przypomnień tych wszystkich rzeczy, jakie był widział i słyszał, a z których zawsze żartował, biorąc je za obłęd i blagę.

A teraz zwalały się na niego chwile tak straszliwego zamętu, że niby o granity rozbijał się o tę niepojętą rzeczywistość. Walczył z nią, szamotał się z własnym mózgiem, z własną duszą szedł w krwawe zawody, żeby się tylko nie dać zepchnąć na dno szaleństwa. Bo czyż to podobna, aby fizyczna niemożliwość stawała się faktem? Aby człowiek mógł się rozdzielać na dwie tożsamości? Jakiś cud spełniał się na jego oczach, cud, na który patrzył i sprawdzał całą swoją świadomością. Przecież widział, a nie mógł tego pojąć, tak że w końcu zgroza nim zatrzęsła i rzuciła w proch ukorzeń przed jakąś nieznaną potęgą. Jakby naraz przejrzał i, zatopiwszy olśnione oczy w niezmierzonych dalach, chwiał się na krawędziach tajemnicy — a byłby może runął w głąb nagle rozwartą, gdyby nie to straszliwie gorzkie poczucie całej swojej ludzkiej nicości.

— Boże mój! Boże! — westchnął żałośnie i modlitewna tkliwość przejęła jego wylęknione serce.

Pierwszy raz w życiu zaciężyło nad nim Nieznane. Pierwszy raz w życiu spojrzał w ślepe oczy nieznanej zagadki i padł struchlały w świętym przerażeniu, a z serca wyrwały się słowa jakiejś zapomnianej modlitwy i popłynęły strugą uwielbień. Nie wiedział, przed kim otwiera duszę nabrzmiałą trwogą, do kogo śle tę pomdlałą z żaru westchnienia, kogo wielbi ni przed czym się korzy, ale wiedział, że musi tak czynić całą swoją istotą i całą głębią rozpłomienionego uczucia.

A potem wyszedł i, zapaliwszy wszystkie światła w całym mieszkaniu, zaczął spacerować po pokojach w stanie trudnym do pojęcia.