Malajczyk klęczał w chińskim gabinecie przed złotym posągiem Buddy, żarliwie przesuwając ziarna różańca.

Godziny wlokły się ciche, a tak zarazem nabrzmiałe niepokojem i trwogą, że każdy dźwięk zegara odzywał się w sercu Zenona przeszywającym hukiem. Niekiedy deszcz zabrzęczał po szybach, a niekiedy szarpnęły się drzewa i pogięte, nagie gałęzie migotały za oknami widmowymi zarysami.

Dosyć często zaglądał do pokoju okrągłego, lecz zawsze zastawał to samo: siedzieli zapatrzeni w siebie w jednako znieruchomiałej pozycji. Jak dwa posągi o żywych, a nieprzytomnych spojrzeniach, majaczyli w tym zielonawym świetle niby pod wodą rozedrganą i mętną. Zbliżał się do nich, przemawiał, dotykał ich rąk lodowatych, próbował unosić, ale byli jakby zrośnięci z podłogą, tak że mimo wysiłków nie potrafił ich nawet poruszyć z miejsca.

„Który z nich Joe? Który?”, myślał z niezmierną udręką i, nie mogąc tego rozstrzygnąć, znowu spacerował po mieszkaniu. Czekał coraz niecierpliwiej na rozwiązanie tej oszałamiającej zagadki. Biła już szósta rano, gdy przeciągły jęk przedarł się z okrągłego pokoju. Rzucił się tam gorączkowo. Joe leżał omdlały na środku i był tylko sam jeden. Przenieśli go na łóżko, trzeźwiąc tak energicznie, że wkrótce otworzył oczy; rozejrzał się przenikliwie i zupełnie przytomnie szepnął:

— Czy on jest jeszcze? — Coś jakby trwoga zadrgała mu w głosie.

— Nie ma nikogo. Jak się czujesz?

— Jestem strasznie znużony, strasznie... strasznie... — powtarzał coraz wolniej i senniej; Zenon posiedział przy nim, dopóki na dobre nie zasnął, wrócił do swego mieszkania i natychmiast położył się do łóżka.

Ale o jedenastej już był w British Museum, pod kolumnadą. Czuł się dzisiaj dziwnie smutny i ociężały i mimo usiłowań nie potrafił na niczym skupić uwagi. Wszystkie myśli przeciekały przez niego jak woda przez sito, nawet wspomnienia nocy nie wywoływały żadnych żywszych uczuć — były mu równie obojętne jak wszystko. Był jak ten dzień: znużony, mglisty i nudny.

Wreszcie ukazała się Ada — piękna, strojna i czarująca, tak że spoglądano na nią z podziwem.

Przywitali się w milczeniu, on bowiem nie miał nic do powiedzenia, zaś ona tak wiele, że tylko jej oczy zaśpiewały hymn radości, a na usta buchnęły uśmiechy jakby odblaski pożarów wewnętrznych.